Dziewczyna z batem

Dziewczynę z batem zauważyłem trzeciego dnia od przesiadki z samochodu na kolejkę. Budowa wiaduktu sparaliżowała warszawskie Aleje Jerozolimskie. Po kliku nieudanych próbach przebicia się na czas do pracy przez gigantyczne korki poddałem się i kupiłem bilet miesięczny WKD.
Wsiadłem do wagonu, który około godziny dziesiątej był prawie pusty, i usiadłem pod oknem. Naprzeciwko siedziała właśnie ona – niewysoka blondynka, ubrana w bryczesy i spodnie do konnej jazdy, która miedzy nogami trzymała bat niewiele mniejszy od niej. To był taki długi, elastyczny pręt, zakończony sznurkiem, który służył przy ujeżdżaniu koni.
Blondynka Rozmawiała z koleżanką, szatynką w wielkich słonecznych okularach, które miały ją ochronić przed słońcem i zakryć jednocześnie policzki wysypane trądzikiem. Wyjąłem książkę i próbowałem czytać. Szło mi niesporo, bo kryminał okazał się mało wciągający, a upał utrudniał skupienie. Od czasu do czasu spoglądałem więc w okno naprzeciwko, za którym przesuwały się zarośnięte chwastami łąki, niewielkie przydomowe sady oraz kolejne stacje. Przy okazji przyjrzałem się blondynce – miała wydatne, różowe usta, jędrne, błyszczące od potu policzki i czerwony biustonosz, który wystawał spod koszulki na ramiączkach.
Nie zauważyłem, na jakiej stacji wysiadła, bo najwyraźniej jakiś fragment książki wreszcie przyciągnął moją uwagę. Pewnie w ogóle zapomniałbym o dziewczynie, gdyby nie to, że następnego dnia znowu spotkałem ją w kolejce. Jak wcześniej, siedziała ze swoją obsypaną krostami koleżanką. Obie trzymały w rękach baty.
Uznałem, że dziewczyny codziennie jeżdżą do jednego z ośrodków jeździeckich, których w okolicy było sporo. Wakacje i mnóstwo wolnego czasu – pomyślałem z zazdrością i otworzyłem książkę.
Fabuła zrobiła się ciekawa, więc szybko przestałem zwracać uwagę na otoczenie. Przeczytałem kilka stron, gdy nagle coś mnie smagnęło po ramieniu. Zapiekło mocno, więc poderwałem się – i zobaczyłem tuż przed sobą dziewczynę. Patrzyła na mnie przestraszona i zmieszana.
- Przepraszam, przepraszam, nie chciałam pana uderzyć – tłumaczyła, chowając bat za siebie. Zauważyłem, że w kącikach jej brązowych oczu pełgają iskierki wesołości.
- To bolało – stwierdziłem, ale już bez gniewu.
- Przepraszam, naprawdę bardzo przepraszam – dziewczyna spuściła wzrok. – To się już nie powtórzy.
- Oby. Bo następnym razem oddam – uśmiechnąłem się na zgodę
Dziewczyny wysiadły, ale widziałem przez okno, że blondynka obejrzała się kilka razy na wagon, a na jej twarzy nie było widać skruchy, tylko rosnące rozbawienie.
Przez kilka dni nic się nie działo – albo wsiadaliśmy do innych wagonów, albo dziewczyny miały przerwę w ujeżdżaniu. Lato, które zaczęło się chłodem, robiło się coraz piękniejsze i bardziej upalne. Coraz trudniej było wytrzymać w miejskich tramwajach, gdzie zapach perfum mieszał się ze smrodem potu i brudu. Na szczęście w kolejce było pustawo, a wpadające przez otwarte okna rozpędzone powietrze chłodziło moją twarz.
Był bodajże piątek, gdy znowu natknąłem się na dziewczynę. Tym razem ubrana była w jasnożółtą koszulkę, takie szorty i leciutkie sandały wiązane u kostek rzemykiem. Obok niej spoczywała spora torba. W środku pewnie było ubranie do konnej jazdy, bo dziewczyna trzymała w dłoni tę swoją szpicrutę. Koleżanki nie było.
Rozpoznała mnie, bo po jej twarzy przeleciał uśmieszek. Mrugnąłem do niej porozumiewawczo i siadłem naprzeciw. Jak zwykle, wyciągnąłem książkę.
Nie poczytałem długo. Tym razem poczułem uderzenie bata w głowę. Było lekkie, bo bacik wypadł dziewczynie z dłoni. To mógł być przypadek i pewnie machnąłbym na to ręką, gdyby nie parsknięcie śmiechu.
- To nie jest zabawne – powiedziałem poważnie i podniosłem bat z podłogi.
- Trochę jest – odparła dziewczyna, tłumiąc śmiech.
- Nie, nie jest – zaprzeczyłem i postawiłem bacik na podłodze obok mnie. – Zabiorę ci to, bo znowu dostanę – wyjaśniłem.
- Proszę mi to oddać – zaniepokoiła się dziewczyna.
Pokręciłem głową.
- Trzeba uważać na niebezpieczne przedmioty.
- Już będę uważała – powiedziała i wstała.
Na to właśnie liczyłem. Złapałem bat i smagnąłem ją po gładkich, opalonych udach. Dziewczyna pisnęła, a ja się roześmiałem.
- Mówiłem, że ci oddam, jeśli uderzysz mnie raz jeszcze.
Poczerwieniała ze złości. Tarła jedną ręką piekące udo, a drugą wyciągnęła w moim kierunku.
- Oddawaj – rzekła.
- Sama sobie weź – odparłem. – Jeśli dasz radę… - dodałem.
- Oddawaj, bo będę krzyczeć – zagroziła.
Spojrzeliśmy na głąb wagonu. Był pusty. Dziewczyna strapiła się mocno.
- Oddaj, proszę.
Miałem ochotę się z nią podrażnić, ale bałem się, że nieco za mocno smagnąłem ją po udach. Bacik okazał się lżejszy niż sądziłem i nieco przesadziłem z siła zamachu. Czerwona pręga na udach już przebiła się przez jasnokakaową opaleniznę.
- Uderzyłaś mnie dwa razy. A ode mnie dostałaś tylko raz. Byłoby niesprawiedliwe, gdybym oddał ci pejczyk – rzekłem.
- To bat, nie pejczyk – sprostowała.
- Bat, pejczyk, co za różnica. Bolało, i to dwa razy – wzruszyłem ramionami.
- Ale to przypadkowo, a ty mnie walnąłeś specjalnie.
- Może przypadkowo, może nie. Dostałem dwa razy i mam zamiar wyrównać rachunki – kończyłem, gdy wpadłem na nowy pomysł. – Albo…
- Albo? – spytała.
Podniosłem się, otworzyłem szerzej okno i podniosłem rękę ze batem.
- Albo wyrzucę ten pejczyk za okno.
Dziewczyna spoglądała na mnie z niedowierzaniem. Każda upływająca sekunda niczym barwnik zmieniała odcień tego uczucia, aż przemieniło się w złość.
- To wyrzuć – tupnęła nogą.
Wystawiłem dłoń z batem za okno.
- Przestań. Oddaj mi to – poderwała się do skoku, więc wystawiłem bacik przed siebie niczym szpadę.
- Oddam, gdy wyrównamy rachunki – uśmiechnąłem się ostro, odsłaniając zęby. Próbowała przyjąć twardą, wyzywającą pozą, ale w jej oczach pojawiło się wahanie, a później rezygnacja.
- Dobrze. Ale nie za mocno – spuściła głowę na znak klęski.
Kiwnąłem głową i smagnąłem ją po tyłku. Żółty materiał od uderzenia zasyczał niczym żywe stworzenie. Dziewczyna zaś westchnęła.
- T jesteśmy kwita – powiedziałem i wręczyłem jej bacik.
Nie odezwała się, tylko wzięła go, zarzuciła torbę na ramię i poszła w drugi kąt wagonu. Siadłem i próbowałem czytać. Było mi jej trochę żal, poza tym złościłem się na siebie, że moje uderzenie mogło być odrobinę za mocne.
Widziałem, jak siedzi z wzrokiem utkwionym w podłodze i dotyka najwyraźniej nadal bolących miejsc. Pociąg zatrzymał się, dziewczyna wstała, wzięła swoje bagaże i wyszła, rzucając mi spojrzenie pełne wyrzutu i zdziwienia.
Do końca podróży już nie byłem w stanie czytać, tylko spoglądałem w przykurzone szyby, za którymi przesuwały się obrazy blondynki, jej bioder skręconych w instynktownej obronie przed uderzeniem i czarnej smugi napinających żółty materiał na jej pośladkach.
Upały zakończyły się potężną burzą, po której przyszło kilka deszczowych dni. Kilka razy przemokłem jak kura, stojąc na stacji czy oczekując na tramwaj. Miałem serdecznie dość komunikacji publicznej i zaryzykowałem dojazd do pracy samochodem. Deszcz tylko spotęgował korki, więc musiałem wrócić do kolejki.
Na szczęście deszcze minęły i wróciła piękna słoneczna pogoda. Wraz z nią pojawiła się znowu blondynka. Ze dwa razy dostrzegłem jej twarz przyciśniętą do szyby. Cofała jednak szybko głowę, jakby nie chciała, abym ją widział. Uznałem, że dziewczyna stara się mnie unikać i postanowiłem jej to ułatwiać. Siadywałem w ostatnim, zwykle pustym jak mój portfel w tamtym czasie wagonie, i próbowałem coś czytać.
I tam właśnie do mnie przyszła.
Najpierw zobaczyłem czarny, sznurkowy chwost, który przewrócił kartki trzymanej przeze mnie książki.
- Co czytasz? – spytała ze śmiechem.
- Nie baw się tym, bo znowu dostaniesz – powiedziałem, nie podnosząc wzroku.
- Nie, nie dostanę – śmiała się i nadal trzymała koniec bacika na książce.
Zatrzasnąłem okładki i mocno ścisnąłem. Bacik został pomiędzy stronami. Dziewczyna, lekko przestraszona hukiem, próbowała go wyciągnąć, ale bez skutku. Miała na sobie brązową spódniczkę, beżową kusą bluzkę i buty na obcasach.
- Myślałem, że mnie unikasz – powiedziałem, nadal ściskając książkę.
- Ja? Ciebie? – jej zdziwienie nie wydawało się prawdziwe. – Nie. Po prostu siadałam gdzie indziej. Ty podobnie. Czyli też mnie unikałeś?
- Można tak powiedzieć. Ile razy cię widziałem, miałem ochotę użyć twojego bacika.
Spodobało mi się ostatnim razem – odparłem i osłabiłem uchwyt, tak że dziewczyna odzyskała bat..
- O, damski bokser – podsumowała. Mimo to wydawała się zadowolona z moich słów.
- Bokser? Nie. Przecież to bat i służy do ujeżdżania – powiedziałem, starając się w ostatnie słowo wlać jak najwięcej dwuznaczności.
Zachichotała.
- Nie bokser, ale ujeżdżacz – powiedziała.
Słowa były zbyt prędkie, bo gdy je wypowiedziała, dotarło do niej ich dodatkowe znaczenie i lekko się zarumieniła.
- Nieważne… - pokręciła głową. – Przyszłam ci powiedzieć, że jesteś mi coś winien.
- Daj mi bacik, a chętnie spłacę – zaproponowałem.
- Nie, ja tobie spłacę. Uderzyłeś mnie dwa razy, specjalnie, nieprzypadkowo. A ja ciebie tylko raz – zaczęła wyjaśniać.
- Zaraz, chcesz powiedzieć, że raz zrobiłaś to specjalnie? – nie byłem zdziwiony, bo już wcześniej się domyśliłem, że pierwsze uderzenie została zadane z premedytacją.
- Tak. Siedziałeś, taki zaczytany, to założyłam się z koleżanką, że cię pacnę i nic mi nie zrobisz – mówiła.
- Przegrałaś – podsumowałem.
- Co? – zdziwiła się.
- No, przecież dostałaś dwa razy bacikiem.
- Eee, tam, ona o tym nie wie.
- A o co się założyłaś?
- O lody?
Rzuciłem jej spojrzenie z ukosa.
- Walnęłaś mnie, żeby wygrać lody? – powiedziałem smutno. – W takim razie te dwa uderzenia to za mało.
Poderwałem się, aby wyrwać jej bacik, ale nie dała się zaskoczyć. Wymierzyła go we mnie, a potem uderzyła mnie dwa razy po wyciągniętej ręce. Zapiekło, więc cofnąłem się.
- Ha! – krzyknęła z zadowoleniem. – Tym razem nie będzie tak ła...
Nim skończyła, skoczyłem do niej znowu. Ale nie zamierzałem odebrać jej bata, tylko zbliżyć się do niej, aby uniemożliwić jej wymachiwanie batem. Tego się nie spodziewała.
-…two – wyszeptała w moją pierś. Obejmowałem ją wokół, blokując ramiona. Pachniała jakimiś kwiatowo-owocowymi perfumami.
- Jednak się udało – uśmiechnąłem się.
Nie wyglądała na przestraszoną. Podniosła twarz, rozchylając lekko różowej, lśniące usta.
- I co teraz zrobisz? – spytała z ironią.
Nie miałem innego wyjścia, więc ją pocałowałem. Oddała mi pocałunek namiętnie, wręcz z pasją. To ją zgubiło, bo przechwyciłem bacik.
- Zapłacę pięknym za nadobne – powiedziałem, gdy oderwałem się od jej ust. A potem usiadłem na twardym, plastikowym siedzeniu, ciągnąc ją do siebie. Przez chwilę próbowała się szarpać, ale była za słaba, wylądowała więc półleżąc na moich kolanach. Złapałem ją za kark i przytrzymałem. W drugiej ręce miałem bacik, więc rękojeścią podwinąłem spódniczkę, odsłaniając tyłek w żółtych, lśniących majtkach.
Dostała dziesięć razy. Starałem się uderzać nie za mocno. Bat okazał się bardzo nieporęczny, zbyt długi, aby można było wykorzystać w tej pozycji jego koniec. Dostawała więc środkową częścią, co zmniejszało dźwignię i dodatkowo amortyzowało uderzenia.
Dziewczyna na początku trochę się szarpała, ale później złagodniała. Czułem tylko, jak nabiera powietrza przed kolejnym uderzeniem, a jej palce zaciskają się na moim udzie. Gdy skończyłem, posadziłem ją sobie na kolanach i znowu pocałowałem. Miała niewidzące oczy, wilgotne wargi i odpowiadała mi z jeszcze większym zaangażowaniem niż wcześniej.
- Janek – przedstawiłem się, gdy przerwaliśmy.
- Marta – odpowiedziała i wróciliśmy do pocałunku.
Był jeszcze dłuższy i bardzo, bardzo ognisty. Po nim dziewczyna zaczęła mówić, że musi się zbierać, bo zaraz będzie jej przystanek.
- Daj mi swój numer – powiedziałem.
Wpisałem cyfry do komórki.
- Zadzwonisz? – spytała, stojąc przy drzwiach. Pociąg już zaczął zwalniać.
- Jasne, że zadzwonię. Chętnie to powtórzę. Poza tym… - zawiesiłem głos. - Co poza tym? – spytała z zaciekawieniem.
- Poza tym, mam zamiar zażądać od ciebie lodów – puściłem do niej oko.
Wybuchła śmiechem. Śmiała się jeszcze wtedy, gdy drzwi się przed nią otworzyły i zbiegła po schodkach, stukając obcasami..

Qwalsky





Powrót na stronę głowną
Powrót do opowiadań